

Prolog
5 lat wcześniej
Ostatni raz poprawiam kreskę nad okiem. Przyglądam się sobie w lustrze. Nie jestem zadowolona, ale próbowałam już chyba z piętnaście razy i ona ciągle nie wygląda tak, jakbym sobie tego życzyła. Starałam się podkreślić makijażem zieleń oczu, ale muszę przyznać sama przed sobą – nie jestem makijażystką. Wzdycham z irytacją, chowając eyeliner do kosmetyczki. Przez chwilę grzebię w niej w poszukiwaniu bazy pod tusz do rzęs oraz samego tuszu.
Pukanie do drzwi na moment odwraca moją uwagę od odbicia w lustrze. Zanim zdążę odpowiedzieć, do pokoju wchodzi moja przyjaciółka, Wiktoria Dziędziel. Jest wysoka i bardzo szczupła, a sukienka, którą ma na sobie, jeszcze bardziej to podkreśla. Obcisła czarna miniówka z głębokim dekoltem. Wysokie szpilki wysmuklają jej, już i tak szczupłe, nogi. Jestem zazdrosna. Za każdym razem, kiedy gdzieś z nią wychodzę, zastanawiam się, czy jakikolwiek facet jest w stanie mnie zauważyć.
Wita mnie szerokim uśmiechem. Kołysząc biodrami, przechodzi przez pokój, po czym pochyla się nade mną. Wiem, co zaraz zrobi, i nie mylę się. Cmoka z niezadowoleniem i kręci głową. Chwilę później poprawia mój niezbyt wprawny makijaż.
– No, teraz dużo lepiej – mówi zadowolona ze swojej pracy.
– Dziękuję – odpowiadam.
Staram się za wszelką cenę ukryć irytację. Powinnam być jej wdzięczna i jestem. Boli mnie tylko fakt, że ona ma wszystko, a ja nic. Nie tylko jest piękna, ale też potrafi zrobić makijaż, który nawet ze mnie robi ślicznotkę. Przeglądam się w lustrze. Jestem skłonna uwierzyć, że poznam dzisiaj swojego męża. Kiedy przenoszę wzrok na Wiktorię, zmieniam zdanie. No, chyba że ten mój mąż będzie miał wadę wzroku. Wtedy mam szansę.
Wyciągam z szafy swoją sukienkę. Wcięta w talii, z rozkloszowanym dołem. Nie jestem gruba, choć mojej figurze daleko do modelki. Dzięki takiemu krojowi jestem w stanie zakryć swoje szerokie biodra i choć trochę uwydatnić biust. Jeżeli nie twarzą, to może chociaż ciałem uda mi się kogoś przyciągnąć. Kątem oka spoglądam na przyjaciółkę, która krąży po pokoju. Nie. Ciałem również ze mną wygrywa. Nie mam nic.
W końcu jestem gotowa i wychodzimy. Wiktoria kieruje się już korytarzem do wyjścia, ale ja zaglądam jeszcze do pokoju sąsiadującego z moim. Mój brat leży na łóżku i ogląda telewizję. Jest sparaliżowany od pasa w dół. Lekarze mówili, że jest szansa, aby go wyleczyć, ale wymagałoby to specjalnej rehabilitacji, na którą nas nie stać. Podchodzę do łóżka i pochylam się, by dać mu całusa w policzek. Obejmuje mnie.
– Uważaj na siebie – mówi, a ja widzę w jego spojrzeniu wyrzuty sumienia. Kiedy byliśmy młodsi, zawsze się mną opiekował. Odkąd uległ wypadkowi, nie potrafi pogodzić się z tym, że nie może mnie dłużej pilnować.
– Będę – obiecuję i wychodzę, zanim zdąży zauważyć łzy zbierające się w moich oczach.
Tymek mnie nie obwinia. Rodzice też nie. Wiem jednak, że to przeze mnie nie może teraz ruszać nogami. Nie uległby wypadkowi, gdyby nie jechał odebrać mnie z imprezy. Świętowaliśmy ze znajomymi moje osiemnaste urodziny w klubie, a mój brat obiecał po mnie przyjechać. Nie chciał, żebym wracała sama nocnymi autobusami. Wjechał w niego pijany kierowca, który najwyraźniej urządzał sobie nocny rajd po ulicach Poznania. Mój brat długo walczył o życie, ale w końcu doszedł do siebie. No, prawie. Jest sparaliżowany. Obiecałam sobie, że zdobędę pieniądze, by go wyleczyć. W dni, kiedy mam mniej zajęć na uczelni, pracuję jako bibliotekarka i odkładam każdy grosz. Prawie każdy.
– Idziemy? – pyta Wiktoria. Jedną rękę trzyma już na klamce.
– Wychodzę – wołam do rodziców.
Mama pośpiesznie wychodzi z kuchni. Przytula mnie mocno i daje buziaka w policzek.
– Uważaj na siebie – szepcze mi do ucha. – Wrócicie taksówką? – pyta, odsuwając się ode mnie.
Potwierdzam i razem z Wiką opuszczamy mieszkanie. Tata nie wyszedł z salonu. Od dnia wypadku Tymka jest przeciwny jakimkolwiek moim wieczornym wyjściom, ale nic nie mówi. Widzę to w jego oczach i niezadowolonej minie. Próbowałam z nim o tym rozmawiać, ale zawsze ucina temat. Rozumiem, że się boi, ale nie jestem dzieckiem i nie mogę ciągle być pod kloszem.
***
Na imprezę dostajemy się taksówką, za którą płaci Wiktoria. Obiecuję, że oddam jej pieniądze lub zapłacę za taksówkę powrotną, ale zbywa mnie machnięciem ręki.
Jest moją przyjaciółką od urodzenia. Dosłownie. Nasze mamy, choć mieszkamy blisko siebie, poznały się dopiero na porodówce. Leżały obok siebie na sali i bardzo szybko znalazły wspólny język. Wika urodziła się dzień po mnie, więc można powiedzieć, że i my się tam poznałyśmy. Od tamtego czasu spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Kobieta zna sytuację mojej rodziny, więc za każdym razem, gdy chcę jej oddać za coś pieniądze, mówi, że mam je wrzucić do skarbonki, do której zbieramy na leczenie Tymka. Mówi, że to taki jej wkład, bo była wtedy ze mną na imprezie i też czuje się winna. Początkowo chciałam odmówić, ale nie mogę odbierać tego Tymkowi, a argument o poczuciu winy całkowicie do mnie przemawia.
Pod klubem standardowo stoi już sporo ludzi, więc ustawiamy się w kolejce. Kiedy jesteśmy blisko wejścia, obok nas przepycha się kobieta ubrana od góry do dołu w lateks. Spogląda na nas z pogardą. Otwieram usta, aby zwrócić jej uwagę na kolejkę, ale ochrona wita się z nią wylewnie i wpuszcza do środka. No tak. Równi i równiejsi. Spoglądam z irytacją na Wiktorię, ale ona tylko wzrusza ramionami. Jest dużo spokojniejsza ode mnie i akceptuje swoją rolę w społeczeństwie. Ja nie. Nie podoba mi się, że jestem tylko szarakiem, który musi stać w kolejkach, podczas gdy inni wchodzą wszędzie jak do siebie.
W końcu, po półgodzinnym oczekiwaniu, znajdujemy się w środku. Od razu zmierzamy do baru po drinki. Barmanka uśmiecha się na nasz widok i, zanim zdążymy cokolwiek powiedzieć, zaczyna przygotowywać nasze napoje. Po chwili przed Wiktorią ląduje red bull z wódką, a przede mną tequila sunrise. Pierwszego drinka stawiam ja. Każdy kolejny już będzie po stronie Wiktorii, co wcale mi się nie podoba, więc zazwyczaj kończę zabawę na dwóch.
Wszystkie loże w klubie są wykupione, więc nie siadamy. Zamiast tego upijamy drinki i ze szklaneczkami w dłoniach znajdujemy miejsce na parkiecie. Kołyszemy się w rytm muzyki, o ile to coś można w ogóle nazwać muzyką. Słyszę tylko łup, łup, łup, łup. Nie zostajemy na długo. W klubie znajduje się kilka sal, a w każdej grają inną muzykę. Przechodzimy do kolejnej, ale latynoskie rytmy również nie należą do naszych ulubionych. W trzeciej w końcu odnajdujemy coś dla nas. Zremiksowane popularne piosenki. Na tej sali jest najbardziej tłoczno, więc ustawiamy się gdzieś z boku. Przeciskając się między ludźmi, staramy się nie rozlać drinków.
– Nie sądziłam, że będzie taki tłok – Wiktoria krzyczy do mojego ucha.
Muzyka jest tak głośna, że ledwie ją słyszę. Aby jej odpowiedzieć, muszę się odwrócić i tym razem to ja przykładam usta do jej ucha.
– Jest weekend, to normalne, że jest tyle ludzi – krzyczę.
– Ale są wakacje, nie ma studentów.
– Ci, którzy pracują, zostali.
– Wciąż powinno być ich mniej – upiera się.
Ma rację. W wakacje zawsze jest mniej ludzi, ale tego dnia jest zupełnie inaczej.
Bawimy się, co jakiś czas wykrzykując do siebie jakieś komentarze. W klubie nie można rozmawiać. Głośna muzyka skutecznie to uniemożliwia, ale przecież nie przyszłyśmy tu, aby prowadzić konwersację. Po jakimś czasie idziemy po drugiego drinka. Dla mnie to za szybko. Nie chcę zbyt wcześnie kończyć imprezy i nie chcę też naciągać przyjaciółki na alkohol.
Podchodząc do baru, zauważam kobietę w lateksie. Klei się do jakiegoś faceta. Kiedy odsuwają się od lady, mężczyzna wpada prosto na mnie. Odwraca głowę, a ja czuję, jak rumienię się pod jego spojrzeniem. Jest dużo wyższy ode mnie i wielki! Przez dopasowaną koszulkę widać, jak napina mięśnie ramion. Unoszę wzrok i nasze spojrzenia się spotykają. Mam wrażenie, że niebieskie tęczówki prześwietlają mnie całą. Przełykam ślinę. Unoszę kąciki ust. Przez moment mam nadzieję, że odwzajemni mój uśmiech, ale on wciąż wpatruje się we mnie bez emocji. Zaczynam czuć się jak karaluch, który stanął mu na drodze. Przyglądam się, jak napina mięśnie twarzy. Przez ten cholerny kilkudniowy zarost i krótkie włosy zaczesane w górę nie mogę oderwać od niego oczu.
– Nic ci nie jest? – pyta niskim, lekko zachrypniętym głosem.
Przecząco kręcę głową. Chcę mu odpowiedzieć, ale boję się, że nic mi z tego nie wyjdzie. Mam ściśnięte gardło. Mężczyzna obejmuje mocniej lateksową barbie i odchodzą. Odwracam się za nimi. Mam taką cichutką nadzieję, że nieznajomy również się odwróci. Jak to w filmach, kiedy bohaterowie patrzą sobie w oczy, potem odchodzą, ale jeszcze muszą chociaż raz na siebie spojrzeć. On tego nie robi. Nie wiem czemu, ale czuję się zawiedziona.
– Wszystko w porządku? – pyta Wiktoria. Spoglądam na nią. Na twarzy ma wymalowany strach i cała się trzęsie. – Może powinnyśmy już wracać do domu…
– Wiesz, kto to był? – patrzę raz na nią, raz w kierunku, w którym odeszła parka.
– Syriusz – szepcze mi do ucha.
Coś mi to mówi. Jestem pewna, że gdzieś już słyszałam to imię. Spoglądam na nią z ukosa. Raczej nie ma na myśli ojca chrzestnego Harry’ego Pottera. Przewraca oczami.
– Syriusz. Ten Syriusz – powtarza z naciskiem.
W mojej głowie coś zaczyna świtać. Syriusz, ten gangster. Spoglądam ponownie w stronę, w którą odszedł. Już wiem, kim on jest. Wszyscy w Poznaniu wiedzą, choć o nim się nie rozmawia. Przełykam ślinę. Chcę odetchnąć z ulgą, że nie strzelił mi w głowę za to, że stanęłam mu na drodze. Nie umiem jednak pozbyć się zupełnie innego uczucia. Moje serce, które powoli wraca do normalnego rytmu, wcale nie przyśpieszyło ze strachu. Przez moment pomyślałam, że chciałabym być na miejscu lateksowej Barbie, i wcale nie umiem pozbyć się tej myśli i tego „chciejstwa”.
