Walentynki szefa mafii
Zmywam z rąk krew. Nienawidzę być brudnym. Szum wody oraz ciężki oddech Cerbera to jedyne dźwięki, jakie docierają do moich uszu. W głowie mam pustkę. Zawsze staram się wyciszyć, kiedy wyciągam z kogoś informacje. Wolę o tym nie myśleć. Wchodzę w tryb maszyny i po prostu robię to, co muszę.
Spoglądam na Cerbera. To jeszcze dzieciak, który pierwszy raz miał możliwość brać w tym udział. Pozwoliłem mu nawet wyrwać zdrajcy paznokcie. Widziałem, jak dociera do niego, że krzyk bólu jest jego sprawką. To zupełnie zmienia percepcję, gdy wreszcie zdajemy sobie sprawę, że to my jesteśmy winni krzywdy drugiej osoby. Musisz wtedy zmienić myślenie. Wyłączyć wyrzuty sumienia i skupić się na tym, że do niczego by nie doszło, gdyby petent był lojalny. Ten nie był i sam był sobie winny. Ja tylko zrobiłem to, co nieuniknione.
– Jak się czujesz? – pytam, bo wciąż jest zielony na twarzy.
– Jest lepiej – duka pod nosem. Ledwie go słyszę. Ochlapuje twarz zimną wodą. – Jest lepiej – dodaje odrobinę pewniejszym głosem.
– Impreza? Dobrze ci zrobi, jak się trochę rozerwiesz.
Cerber spogląda na mnie zdziwiony.
– Nie wracasz do Natalii?
– Nie muszę przecież każdego wieczoru spędzać z nią – zaczynam się śmiać.
– Dzisiaj są Walentynki – mówi to takim tonem, że czuję się skarcony jak dzieciak i wyśmiany. Jeszcze to jego spojrzenie, w którym dostrzegam politowanie.
– Kurwa.
To jedyne słowo, jakie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Nie chodzi o to, że już się nastawiłem psychicznie na imprezę. Nie zależy mi na niej. Po prostu nigdy nie zwracałem uwagi na ten dzień. Nawet nie mam pojęcia, co to właściwie oznacza.
– Zapomniałeś? – Cerber uśmiecha się pobłażliwie.
Nie będzie mnie jakiś dzieciak pouczał.
– Po prostu nie wiem, co miałbym zrobić. Muszę coś wymyślić… Kurwa… Nie jestem pieprzonym romantykiem, żeby kurwa jakieś Walentynki organizować. Ja pierdolę… – opieram się o umywalkę i spuszczam głowę.
Nie wiem, co się dzieje. Powinienem mieć na to wyjebane, a jednak czuję presję, żeby coś zorganizować.
Przez ostatnie miesiące Nat wywróciła moje życie do góry nogami. Nie tylko sprawiła, że po raz pierwszy zaczęło mi zależeć na jakieś kobiecie w ten sposób. Nie tylko była moim oparciem w trudnych chwilach. Była też moim cieniem, tajną bronią, która z pozoru czysta i niewinna potrafiła zniszczyć niczego nie spodziewającego się wroga, a mnie wyciągnąć z największych tarapatów. Musiałem jej za to podziękować. Musiałem zrobić coś, żeby poczuła, że nie jest tylko moim żołnierzem.
– Kup jej olbrzymi bukiet róż, zabierz do teatru, później na kolację, a po wszystkim spacerem wróćcie do hotelu na finał wieczoru. – Unosi kilkukrotnie brwiami, by podkreślić ostatnie słowa.
– Brzmi pięknie, ale gdzie ja o tej godzinie znajdę kwiaty, spektakl, na który są jeszcze bilety i wolne miejsce w restauracji?
– Czy ty czasem nie zapomniałeś, kim jesteśmy? – Teraz to już naprawdę czuję się jak debil. – Zadzwonię do ojca, będziesz miał wszystko w pół godziny.
W to akurat nie wątpię. Skała trzyma całe miasto, więc poza tym, że mnie wyśmieje, zorganizuje dla mnie Walentynki.
*
Wchodzę do kwiaciarni, w której już powinien na mnie czekać bukiet kwiatów. Cerber zadzwonił do ojca, a Skała pół godziny później wysłał mi adresy kwiaciarni, teatru i restauracji. Mam nadzieję, że Nat będzie z tego zadowolona. Nie wiem, co lubią kobiety. Nigdy mnie to nie interesowało.
– Dzień dobry – mówię, kiedy podchodzę do lady.
Starsza pani o ciepłym uśmiechu kiwa głową. Nie muszę nic mówić. Macha ręką, żebym poszedł za nią i prowadzi mnie na zaplecze. W niewielkim pomieszczeniu stoi olbrzymi bukiet czerwonych róż.
– Pan Robert polecił przygotować dla pana największy bukiet, jaki jesteśmy w stanie – mówi z dumą, podczas gdy ja zastanawiam się, jak niby mam to przenieść do samochodu, a później jeszcze w niego zmieścić.
Podchodzę bliżej i… Nie mam pojęcia, jak to chwycić. Kwiaty ustawione są w wielkim koszu.
– Jak ja mam to wziąć? – pytam po chwili.
Kobieta spogląda na mnie ze zdziwieniem.
– Normalnie – rozkłada ręce.
Obchodzę bukiet kilkukrotnie. Kilka razy pochylam się, by się do niego dobrać, ale niewiele z tego wychodzi. W końcu kobieta lituje się nade mną.
– Tu pan, od dołu musi wziąć i na kolce uważać – tłumaczy i jednocześnie pokazuje, jak mam to zrobić.
Kwiaty są nieporęczne. W pierwszej chwili oczywiście muszę się ukłuć. Walentynki to na pewno nie będzie mój ulubiony dzień w roku. Po co w ogóle kobietom kwiaty?
Płacę kwiaciarce zdecydowanej więcej niż ten bukiet był wart. Chcę jej podziękować, że zrobiła go dla mnie na ostatnią chwilę. Widzę, że jest zadowolona z napiwku.
– Zapraszam ponownie!
Upycham prezent dla Nat na tylnym siedzeniu samochodu. Przy okazji udaje mi się złamać dwa czy trzy kwiatki, a od kilku odpadły płatki. Przeklinam pod nosem.
Zmieniam zdanie, kiedy widzę wzruszenie mojej kobiety. Nat ma łzy w oczach, gdy wchodzę do pokoju hotelowego z kwiatami, które ledwie jestem w stanie przecisnąć przez drzwi.
– Ubierz się ładnie – mówię. Obdarzam ją całusem w policzek. – Ja się tylko szybko wykąpię i wychodzimy.
– Dokąd? – pyta zaskoczona.
– Niespodzianka.
– To chociaż mi powiedz, jak mam się ubrać – prosi, a uśmiech nie znika z jej twarzy.
– Coś eleganckiego.
Widzę, jaka jest podekscytowana. Kompletnie nie spodziewała się, że gdziekolwiek ją zabiorę. Sam się tego nie spodziewałem.
Pół godziny później ja już jestem gotowy, ale Nat wciąż siedzi przed lustrem i poprawia makijaż. Spoglądam na zegarek. Spektakl ma się zacząć za czterdzieści pięć minut. Nie mamy daleko, ale dobrze by było się nie spóźnić.
– Po co to robisz? – pytam, wskazując na kosmetyki.
– Żeby dobrze wyglądać…
– Przecież wyglądasz dobrze. Bez makijażu też – odpowiadam zaskoczony.
– Dziękuję – mówi, ale nie przestaje machać jakimś patyczkiem przy oku.
– Nat, naprawdę nie potrzebuję, żebyś się malowała. Podobasz mi się bez tego.
– Mam być elegancka, prawda? – przypomina. – Spokojnie, już skończyłam.
Wstaje i odwraca się w moją stronę. Mówię, że jest piękna, bo najwyraźniej tego ode mnie oczekuje. Uśmiecha się w odpowiedzi.
*
Ten wieczór jest dla mnie dziwny. Nie czuję się komfortowo, siedząc na widowni w teatrze. Natalia jest zachwycona, ja się nudzę. Co chwilę rozglądam się po sali, ale nic ciekawego się nie dzieje. Również na scenie.
Obejmuję Nat ramieniem. Wiem, że spektakl to jakaś komedia czy coś tam, że jest o miłości i wszyscy dobrze się bawią. Widownia często się śmieje. Próbuję też skupić się na przedstawieniu, ale moje myśli szybko od tego uciekają. Pierwszy raz jestem w teatrze i kiedy widzę tę przesadną i sztuczną grę, mam ochotę wstać i wyjść.
Ale Nat jest zachwycona, a to się dla mnie liczy najbardziej.
Kiedy wreszcie przedstawienie się kończy i możemy opuścić salę, oddycham z ulgą. Natalia przez całą drogę do restauracji opowiada mi, jak bardzo jej się podobało.
– Nie oglądałeś, prawda? – pyta mnie, kiedy siadamy przy stoliku.
– Nie jestem typem, który chodzi do teatru – odpowiadam.
Sięgam po kartę i jedną podaję Nat, a drugą sam otwieram.
– Po co to wszystko? – To pytanie pada tak nagle, że kompletnie nie wiem, o co pyta. Patrzę na nią zaskoczony. – Te kwiaty, teatr, kolacja… Wiem, że nie jest to w twoim stylu, więc po co to?
– Chciałem sprawić ci przyjemność. Nie podoba ci się?
Jestem przerażony. To miał być idealny wieczór dla niej. Jeżeli się okażę, że znoszę to wszystko, a Nat nie jest zadowolona, to uduszę Cerbera.
– Podoba mi się. Bardzo mi się podoba – odpowiada, a mi kamień spada z serca. – Ale nie potrzebuję tego wszystkiego, jeżeli ty masz się przez to męczyć.
– Nie męczę się. Trochę mi się nudziło w teatrze i tyle. – Wskazuję na kartę. – Teraz się najem, już jest okej.
Nat kiwa głową ze zrozumieniem.
Zamawiamy jedzenie oraz butelkę wina. Jeszcze jest szansa, żeby ten wieczór był idealny dla nas obojga. Wystarczy tylko dobrze się bawić. Garnitur mnie trochę uwiera, ale to nic. Uśmiecham się, kiedy patrzę na swoją kobietę. W jej oczach tańczą wesołe iskierki. Podoba mi się taka radosna.
Po kolacji spacerujemy brzegiem Wisły w stronę hotelu. Musieliśmy przez to nadrobić drogi, ale miało być romantycznie. Obejmuję Nat i przytulam ją do siebie. Co jakiś czas obdarzam ją całusem głowę. Za każdym razem, kiedy to robię, uśmiecha się szerzej. Jest szczęśliwa, a właśnie o to mi chodziło.
W pokoju hotelowym sama się do mnie przykleja. Ledwie zamykam za nami drzwi, a już rozpina moją marynarkę. Obdarzam ją namiętnym pocałunkiem. Ściągnięcie z niej sukienki nie sprawia mi problemu. Biorę ją na ręce i zanoszę do łóżka.
To będzie długa noc…
*
To było dziwne. Natalia była naprawdę zachwycona tym, co przy pomocy Warszawy zorganizowałem dla niej na Walentynki. Kompletnie się tego nie spodziewała. W sumie tak jak ja. Mimo to coś było nie tak.
Leżę w łóżku obok Nat. Ona już śpi, okryta kołdrą, ale ja nie potrafię zmrużyć oka. Od powrotu ze stolicy czuję w sobie ucisk, którego nie potrafię zrozumieć. Mam wrażenie, że coś jest nie w porządku.
Normalnie uznałbym, że to jakieś przeczucie, że na mieście dzieje się coś niepokojącego. Kazałbym chłopakom się tym zająć, a Oko musiałby przeskanować cały Poznań. Wiem jednak, że to nie to. Mój niepokój pojawił się w Walentynki i od tamtego czasu nie malał.
W dzień jeszcze było w porządku. Problem pojawia się, kiedy leżę już w łóżku. Wokół mnie jest cisza, a ja mogę myśleć. Wtedy ten stres wychodzi na wierzch. Próbuję go zrozumieć, ale im bardziej o tym myślę, tym mniej z tego rozumiem.
Wiem, że problemem są Walentynki. Natalia była zachwycona, a robiłem to dla niej. Wszystko się udało, nie było żadnego problemu. Ale czułem, że to nie było moje. Cały wieczór był sztuczny, jakby Nat na randkę zabrał ktoś inny.
Spoglądam na moją kobietę. Jest taka piękna, delikatna, wrażliwa… Taka zupełnie odmienna od kobiet, z którymi wcześniej się spotykałem. A te Walentynki…
Czuję obrzydzenie, gdy dociera do mnie, że ta cała randka to nie byłem ja. To tak, jakby Cerber zabrał moją kobietę na romantyczne wyjście. Jestem wściekły.
Wstaję z łóżka, żeby wejść pod prysznic. Dopiero lodowata woda, która obmywa moje ciało, sprawia, że płonąca we mnie złość gaśnie.
*
Rano zawożę Króliczka do przedszkola, a później jadę na zakupy. Jestem idiotą. Dobrze wiem, co ucieszy Nat. Coś, co będzie moje, a nie jakiegoś gówniarza z Warszawy.
Wchodzę do księgarni. Przechodzę wzdłuż półek, ale to głupie. Nie znam się na książkach, nie wiem, co Nat ma i czego nie ma. Podchodzę do kasy.
Przede mną stoją dwie osoby. Mógłbym się przepchnąć, powiedzieć, że teraz ja, ale mi się nie chcę. Jeszcze raz rozglądam się po sklepie.
– Dzień dobry – wita się ze mną młody sprzedawca, kiedy wreszcie przychodzi moja kolej.
– Potrzebuję… – zaczynam, ale urywam. Nie mam pojęcia, co potrzebuję. – Jakieś nowości – dodaję w końcu. – Książki z tego roku.
– Coś konkretnego pan szuka?
– Książki z tego roku, już powiedziałem – rzucam oschle.
– Rozumiem, ale czy ma pan na myśli kryminały, romanse…
– Wszystko. – Moja odpowiedź sprawia, że na twarzy sprzedawcy maluje się zaskoczenie. – Wszystkie nowości z tego roku. Każdy gatunek.
– Ale to będzie – mężczyzna liczy coś w głowie – bardzo dużo książek.
– Idealnie. Chcę to dużo książek.
– I chcę pan wszystkie nowości?
– Czy ja, kurwa, niewyraźnie mówię?!
Jestem zirytowany, ale ile razy można powtarzać to samo?
Sprzedawca się wzdryga. Kiwa głową, po czym najpierw szuka czegoś w komputerze, a później zaczyna chodzić po sklepie i zbiera książki. Nie wiem, ile ich jest dokładnie, ale układa się coraz większy stos. Kurwa, nie miałem pojęcia, że przez te półtora miesiąca może wyjść ich aż tyle.
– To nawet nie połowa – mówi sprzedawca, który najwyraźniej zauważył moje zaskoczenie. – Jest pan pewien, że chce wszystko?
– Tak, zbieraj i pakuj – rzucam, ale przecieram nerwowo głowę. – Ile tego jest? – pytam, gdy już chyba mamy wszystko.
– Trzysta pięćdziesiąt sześć książek – odpowiada do mnie, podczas kasowania. Zbiera książki z jednego stosu i od razu pakuje do toreb, o które poprosiłem. – Oczywiście to nie wszystko – kontynuuje, na co marszczę brwi. – Nie wszystkie nowości trafiają do księgarni. Niektóre są dostępne tylko przez Internet, a inne w ogóle nie trafiają do regularnej sprzedaży i można je dostać na przykład tylko w sklepie danego wydawnictwa.
– Ja pierdolę… – to jedyne, co byłem w stanie z siebie wydusić.
Muszę poprosić kilka osób, aby pomogli zanieść mi książki do samochodu. Ledwie udaje nam się je zmieścić w bagażniku, niektóre lądują na tylnym siedzeniu. Płacę pomocnikom po stówce, czym wyraźnie ich zaskakuję, ale chętnie przyjmują zapłatę.
Kiedy wracam do domu, dzwonię po Bliznę i Ahmeda, aby pomogli mi zanieść to wszystko do mieszkania. Wstępujemy jeszcze do jednego sklepu, aby kupić jakiś wielki kosz… Kosze, w których mógłbym dać to Nat. Biorę czerwoną wstążkę, żeby jakąś kokardkę na tym zrobić.
– Ty to jednak pojebany jesteś – podsumowuje Blizna, kiedy wyciąga kosze ze swojego samochodu. W moim się nie zmieściły. – Po co jej tyle książek.
– Nie wiem – wzruszam ramionami.
– I gdzie niby ona je wsadzi? – dopytuje Ahmed.
– No to pojadę jutro po jakieś regały i w salonie pod ścianą się poustawia – odpowiadam, bo przecież to żaden problem. Chyba.
Nat nie ma w mieszkaniu, kiedy wracamy. Domyślam się, że poszła na zakupy. Wyganiam chłopaków, a sam rozstawiam wszystko w salonie. Książki są rzucone w koszach trochę byle jak, ale nie było czasu, aby to układać.
Kończę wiązać wstążkę, gdy Nat wraca do mieszkania.
Zaskoczona zatrzymuje się w drzwiach. W rękach trzyma torby z jedzeniem, więc podchodzę do niej, by je zabrać. Jest w szoku. Nic nie mówi, tylko wpatruje się w książki.
– Co to jest? – ledwie jest w stanie wydusić z siebie te słowa.
– Twój prezent – odpowiadam spokojnie, kiedy wracam z kuchni. Obejmuję ją i całuję w czubek głowy. – Te Walentynki były jakieś… Nie moje. To jest moje – wskazuję na książki. – Mam nadzieję, że ci się podoba.
– Bardzo mi się podoba! Kocham książki! – przytula się mocno do mnie, ale jej wzrok nie odrywa się od prezentu. – Ale… Ile tego jest?
– Podobno… – próbuję przypomnieć sobie, co powiedział sprzedawca. – Trzysta pięćdziesiąt sześć…
Teraz Nat zaczyna się głośno śmiać, ale w ten szczęśliwy sposób, z radości.
– Przecież ja tego w życiu nie przeczytam – podchodzi bliżej i zaczyna przeglądać, co dostała.
– Podobno nie trzeba czytać – odpowiadam ze wzruszeniem ramion. – Podobno nikt tego nie sprawdza.
Natalia przegląda książkę za książką. Śmieje się, kiedy trafia na te… Dziwne. Płacze ze śmiechu, gdy natrafia na „Leksykon smaków”.
Jest szczęśliwa. W tej chwili jest naprawdę szczęśliwa. Nie tylko to widzę, ale też to czuję. Bo teraz również ja jestem szczęśliwy.
